piątek, 4 października 2013

" Najszczęśliwsi ludzie na ziemi"

- Cześć! – zawołał czarnowłosy chłopak, wchodząc do sali prób. Początki Diru, a zagubiony Toshi jak najbardziej próbował wpasować się w towarzystwo. Sala prób –  najbardziej obskurne miejsce w tej części miasta, właściwie gdzieś na obrzeżach. Nikt nie wie gdzie jest, oprócz nich.
- Hej… - doszedł do niego cichy pomruk gdzieś z kąta sali. Poszedł więc tam i zastał Kyo, siedzącego na starym, powycieranym, zgniłozielonym fotelu.
 I w tym momencie jego wspaniały humor przestał istnieć, zawieszając się w przestrzeni międzyczasowej. Męczyło go tylko pytanie, dlaczego akurat Kyo? Czemu nie ten czerwonowłosy wariat Die? Albo Shin, ich maskotka. Nawet Kaoru, okrutny lider, z którym wszystko poszłoby szybko. Właściwie wiedział to tylko z opowieści reszty zespołu, gdy poprosił ich o przestawienie się w jednym zdaniu. Mimo tego, że dowiedział się tak mało, dowiedział się wszystkiego najważniejszego.
Roześmiany głos czerwonowłosego, oznajmiający mu - „Die, błazen.”.
Rumieniący się perkusista, którego Toshiya najpierw wziął za kobietę, powiedział jedynie „Shinya”, na co chichoczący Die dodał „nasza maskotka” i mimo drwiącego tonu głosu poczochrał czule blondyna po włosach.
„Kaoru, lider” poinformował go zimny głos mężczyzny o fioletowych włosach, który mimo całkiem przyjaznego wtedy uśmiechu, nadal wyglądał na lidera, zimnego sadystę.
„Nie wkurzać” – zanotował sobie w podświadomości świeżo upieczony basista.
I tylko jedno słowo, to „Kyo” wypowiedziane głosem człowieka zmęczonego życiem, naprawdę go tknęło.
Wracał myślami jeszcze parę razy do tego dnia, w którym od nasilenia sztucznych uśmiechów bolała aż głowa. Obejrzał chyba wszystkie filmiki na youtube z koncertów La Sadie’s. Wszystkie, nawet te najkrótsze urywki pseudowywiadów z nimi, właściwie głównie skupiając się na krótkich, rzeczowych wypowiedziach wokalisty itym głębokim głosie. Śmiał się jak opętany w momentach, w których znalazł film, na którym Kyo wygłupiał się z Die’m. Rozedrgany obraz, ciągle śmiejący się kamerzysta, którym prawdopodobnie był Shinya, ( poznał po subtelnym śmiechu ). Najbardziej jednak rozczulały go zdjęcia śpiącego Kyo. Dowiedział się kiedyś od Kaoru, że wokalista uwielbia spać i przede wszystkim potrafi dokonać tego zawsze i wszędzie. Lider kazał obejrzeć mu parę wywiadów i uważnie skupiać się na Kyo i jego okularach przeciwsłonecznych. I faktycznie, gdy się dobrze przyjrzeć w większości wywiadów Kyo miał zamknięte oczy.
- Jak ten bas? – zapytał Kyo, właściwie nawet nie odrywając wzroku od czytanej właśnie książki, ale za to odrywając Toshiyę od głębokich rozmyślań na jego temat.
-  Zajebisty! – zaśmiał się sztucznie basista, zdejmując szalik i czapkę. Przeklęta zima. Zadrżał  lekko z zimna. – A jak tam u ciebie? – zapytał, ściągając kurtkę i zastanawiając się, czy w ich „sali prób” należy zdejmować buty, czy też nie. Pewnie wszyscy będą uważać to za śmieszne, ale właśnie z takimi problemami borykał się codziennie czarnowłosy spotykając się z którymkolwiek chłopakiem z zespołu, nawet jeśli chodziło o bzdurne wybranie basu. „Zdjąć kurtkę, czy nie? Może zdejmę, mogą uznać mnie za niewychowanego. A jak właśnie nie powinienem zdejmować? Jeszcze pomyślą że się spoufalam.” I miliony innych głupich z pozoru pytań, na które, mimo szczerych chęci, nie potrafił odpowiedzieć. – Czemu jesteś tylko ty? – zapytał, potrząsając głową, po czym zdjął buty starając się nie myśleć o konsekwencjach swego może zbyt  „śmiałego” czynu, jakim nazwał go w myślach. Jeśli jakiekolwiek miałyby zaistnieć.
-  Kaoru mi kazał.
Toshiya pokiwał powoli głową dokładnie zastanawiając się co ma powiedzieć. Westchnął cicho kolejny już raz dzisiejszego dnia, zdając sobie sprawę, że w głowie ma kompletną pustkę.
- Co jest? – mężczyznę z zamyślenia wyrwał („Zapewne nieświadomie” – pomyślał Toshiya. „Pewnie tylko z uprzejmości się odezwał.”) blondyn spoglądając na niego łaskawie. – Podaj fajki, młody.
Basistę przeszedł dreszcz, gdy podając papierosy wokaliście musnął jego palce swoimi. Właśnie w tym momencie ich znajomości Toshiya w ogóle zdał sobie sprawę z tego, że Kyo istnieje, a nie jest tylko wyimaginowanym wytworem jego wyobraźni.
- Nic – odparł szybko, zanim się zastanowił. W myślach pacnął się otwartą dłonią w twarz. Zaprzepaścił kolejną już szansę na dowiedzenie się o wokaliście czegokolwiek, czego  nie wiedział zespół lub gazety.
Albo chociaż zwykłego porozmawiania z nim.
- Co czytasz? – zapytał bezmyślnie, właściwie tylko po to, by się odezwać.
-  „Śmierć w Darkroomie.”
Basistę powoli zaczynały męczyć zdawkowe odpowiedzi blondyna, które mimo zabawności przy oglądaniu, w zwykłej rozmowie były tylko irytującym utrudnieniem.
Kolejnym z resztą.
- O czym to? – zapytał więc Toshiya, ku poprowadzeniu tej nieudolnej pseudorozmowy, w której czynny udział brał praktycznie tylko on.
A Kyo zwyczajnie z niego kpił.
Nie pokazywał tego, ale dla obserwatora takiego jak Toshiya, czujnego, gotowego do szybkiego zwrotu rozmowy, była to więcej niż oczywista oczywistość. Widać to było w nonszalancji, z jaką przerzucał kartki, w braku jakiegokolwiek zainteresowania osobą basisty. W tym z pozoru zwykłym sposobie palenia papierosa, który w rzeczywistości przemawiał do Toshiyi cierpkim głosem „odejdź z mojej strefy, zatruwasz powietrze.”.
- O prostytucji – Kyo z westchnieniem zamknął książkę, uprzednio zaginając róg strony w ramach zakładki.
Kupić zakładkę. Basista zanotował w myślach kolejną rzecz.
Śledził dokładnie każdy ruch dłoni wokalisty, który odłożył książkę na oparcie fotela, zdjął okulary i założył je na włosy. – O męskich dziwkach. Burdelu. Morderstwie. Dam ci przeczytać, jak skończę.
Toshiya w duchu uśmiechnął się z dumą, zadowolony z siebie. Skłonił Kyo do dłuższej wypowiedzi, sukces. Niby nic, ale to zawsze jakiś sposób na podtrzymanie konwersacji.
Chyba że Kyo rozmawia z nim tylko dlatego, że uświadomił sobie o dwóch wyjściach.
Pracy lub rozmowie z nim.
Basista westchnął. Nie ma to jak porządnie się zdemotywować.
- Dziękuję – uśmiechnął się nieśmiało do wokalisty, który nieodwzajemniony gest skwitował krótkim kiwnięciem głową. – Kyo…? – zaczął dość cicho Toshiya, przyglądając się twarzy wokalisty.
-  Co? - Kyo spojrzał na niego z udawanym zainteresowaniem, a Toshiya dalej siedział z zagryzioną wargą, nagle zapominając tych setkach pytań, które miał zadać wokaliście.
- Mogę się ciebie o coś spytać? – wydusił z siebie w końcu, zastanawiając się, o co takiego miał zapytać blondyna.
- Czy pytając mnie czy możesz zadać pytanie, nie zadałeś w pewnym sensie pytania? – odpowiedział Kyo, dobijając Toshiyę, który kompletnie nie miał pojęcia co w takim razie ma odpowiedzieć.
-  Właściwe to tak… Tylko… - „Cholera” – przemknęło przez myśl czarnowłosemu.
- Tylko? – zaśmiał się kpiąco Kyo.
A jego zamurowało, ponieważ pierwszy raz usłyszał śmiech Kyo. Kpił z niego, wyraźnie, ale basistę nie to teraz obchodziło.
On się zaśmiał.
Przy nim.
Niesamowite.
Toshiya potrząsnął głową energicznie.
- Po co właściwie tu jesteśmy? – zapytał.
Tchórz.
Wyzywać samego siebie, interesujące. Jak to kiedyś ktoś powiedział..?
No tak.
„To nie mówienie do siebie jest oznaką choroby psychicznej. Oznaką jest dopiero odpowiadanie.”
- Nie wiem – odpowiedział wokalista, obserwując uważnie czarnowłosego.
Nagle ich zamyślenie i ten dziwny rodzaj melancholii przerwał głośny śmiech dochodzący z prowizorycznego korytarzyka prowadzącego do sali.
- Die – ni to stwierdza, ni to informuje sam siebie Kyo.
- Tak – odpowiedział na to basista elokwentnie, wbijając wzrok w drzwi.
Do pokoju wchodzi Die, obejmując w pasie zarumienionego Shinyę.
Kyo unosi tylko brew, a Toshiyi opada szczęka.
Cholera.
Oni?
Razem?
Cholera.
Die nagle ich zauważył, ale mimo to nie puścił blednącego i czerwieniącego na przemian Shinyi.
- To nie tak… -  wydukał cicho perkusista, odsuwając się trochę od czerwonowłosego.
- Właśnie, że tak -  zaśmiał się Die i nagle całe napięcie opada całkowicie. Toshiya śmieje się głośno, a  Kyo  puszcza oko do zarumienionego Shin-chana.
I wszystko jest znowu normalnie.
Bez spięć.
A krótka pseudorozmowa ich dwójki popada w zapomnienie.

***

A, zapomniałem wam powiedzieć.
Toshiya nie dostał książki.
Bo Kyo ją zgubił.
Bo w sumie wcale nie była jego.
Ale mimo to basista pieszczotliwie starszego po włosach, uśmiechając się z politowaniem.
No i przede wszystkim dlatego, że wie, że nie dostanie w szczękę.
Chociaż właśnie tak to się zaczęło.
Toshiyowym oberwaniem w szczękę od Kyo, który po długim czasie choroby (o której tylko Toshiya wiedział, że owa nie istniała) zadzwonił.
- Wiesz, to było głupie – mówił wokalista cicho do słuchawki o trzeciej w nocy, budząc Toshiyę, który momentalnie stanął na nogi.
Basista miał nadzieję, że chodzi o cios, śliwę pod okiem i jego tygodniową nieobecność na próbach. Miał nadzieję, że wokalista chce go przeprosić. Och, jak bardzo się myli.
- Jak mogłeś tak po prostu powiedzieć że mnie kochasz. To było głupie i naiwne –  dokończył wokalista, skłaniając przy tym nieświadomie („A może świadomie?” – syczy cichy głosik w podświadomości basisty, który mocno potrząsa głową. „Nie” – zaprzecza basista w myślach. „On by mi tego nie zrobił…” W tym momencie Toshiya przypomina sobie to o odpowiadaniu samemu sobie, i powoli zaczyna tracić wiarę w swoje zdrowie psychiczne.) basistę do samobójstwa z nieodwzajemnionej miłości. Toshiya próbuje się odezwać, ale w sumie nie wie co ma powiedzieć i przede wszystkim stwierdza, że nie ma po co.
Niestety, uporczywa cisza w słuchawce uświadamia mu, że może jednak wypadałoby się odezwać.
- Kyo… porozmawiajmy… - mówi cicho, trzymając obiema dłońmi słuchawkę telefonu stacjonarnego.
Notując w pamięci kolejną rzecz.
Sprawdzić, skąd ma mój numer stacjonarny.
- Rozmawiamy przecież – wokalista prychnął cicho, co oczywiście doskonale było słychać w słuchawce. 
-  Kurwa – zaklął basista. „Nie pomagasz, skurczybyku” – mruknął do Kyo w głowie.
- Kyo, miło mi – śmieje się do słuchawki blondyn. I cały czar nocnej rozmowy prysł. Ale żadnemu z nich to specjalnie nie przeszkadzało. Nagle obydwaj zdali sobie sprawę, jak cholernie łatwe to było.
- Mam wino – proponuje cicho basista, obgryzając ze zdenerwowania paznokcie
- Otwórz - odpowiada Kyo.
- Poczekam na ciebie…-  mruknął sennie basista, skubiąc czarny lakier z paznokcia.
- Drzwi otwórz – zaśmiał się Kyo i rozłączył się. A Toshi podreptał śpiąco do korytarza i otworzył drzwi. Spotykając za nimi Kyo z kwiatami, został najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. I nagle wszystkie pytania stają się bez sensu, gdy blondyn wszedł i, od razu przypierając basistę do ściany, pocałował go łapczywie, a kwiaty wylądowały na podłodze. „A takie ładne…” – przemknęło przez myśl Toshiyi.
I nie otworzyli wina, ale to bez znaczenia,  bo za to kochali się namiętnie na dywanie.
A budząc się rano w łóżku, koło rozczochranego wokalisty, Toshiya znowu był najszczęśliwszym człowiekiem świata.
I spóźnili się na próbę.
Trudno.
Bo przecież są najszczęśliwszymi ludźmi na ziemi.


The End.

2 komentarze:

  1. Śmierć w darkroomie, genialne, chciałabym to przeczytać XD Podoba mi się taki swobodny styl, w jaki piszesz. (~>.<~~) Toshiya był słodki!

    OdpowiedzUsuń
  2. Jej, dziękuję! też pragnę to przeczytać :D

    OdpowiedzUsuń