Kyo był cichy. Dziwnym trafem
dzisiejszego dnia akurat był naprawdę cichy i jakiś taki przybity. Wszyscy
zastanawiali się co takiego mogło się stać, że stary ( młody), dobry ( zły) Kyo
nie dokucza Shinyi lub nie kłóci się z liderem. Shinya sam parę razy dźgnął
wokalistę w ramię swym kościstym palcem, bo wiedział że normalnie by za to
oberwał. Ale Kyo tylko delikatnie przesunął jego dłoń z swojego ramienia i
wymamrotał ciche „Nie dziś,
Shinya”. Perkusista zdziwiony usiadł na
kanapie. Jakoś nikomu nie chciało się zaczynać próby, problem cichego Kyo był
ciekawszy.
– Kyo..? – zapytał cicho Kaoru,
podchodząc do widocznie przybitego wokalisty. Szturchnął go delikatnie w ramię
i usiadł obok niego przy stole. Kyo nie odezwał się, jedyne co zrobił to
przeniósł wzrok z jakże interesującej popielniczki, na równie zajmującą paczkę
papierosów. Mozolnie sięgnął po jednego i włożył między wargi, kompletnie
ignorując lidera. Równie powoli i spokojnie wstał, poszedł po swoją kurtkę i
wziął z niej zapalniczkę, w której, swoją drogą, zniesmaczony lider rozpoznał
swoją własność. – Kyo. – powiedział bardziej stanowczo Kaoru, chcąc zrobić jako takie wrażenie na
olewającym dziś wszystko blondynie.
- Czego chcesz? – warknął
poirytowany wokalista, patrząc nagle
prosto w oczy lidera. Kaoru zdziwił się bezmiernie, a cichy szum w Sali
nagle ucichł.
- Kyo… chodź, musimy porozmawiać. –
powiedział zaskoczony gitarzysta i wstał, po czym ciągnąc za sobą Kyo, wyszedł
na korytarz. Die, Shinya i Toshiya
spojrzeli po sobie zdziwieni i jak tylko drzwi za liderem i wokalistą się
zamknęły, reszta zespołu zrobiła akcję godną ninja. Zeszli z kanapy i
ześlizgnęli się pod drzwi, by podsłuchać o czym to mają zamiar ich „słodziaki”, jak to określił Shin,
rozmawiać. Basista uchylił delikatnie
drzwi, i wychylając za nie kawałek głowy, na tyle by widzieć co się pomiędzy
mężczyznami dzieje.
- Kyo, o co Ci chodzi? – zapytał
Kaoru zmęczonym głosem, patrząc wokaliście w oczy.
- O nic. Kompletnie o nic. –
odpowiedział spokojnie blondyn, przelotnie uśmiechając się. – Naprawdę. O nic
już mi nie chodzi… - dopowiedział cichym głosem, dokładając wszelkich starań by
tylko nie zabrzmiało to ckliwie lub drżąco. Bo przecież Kyo nie był ckliwy i
drżący. Aż do dziś.
- Musi o coś chodzić. Jesteś
zdołowany, nie mówisz, nie dokuczasz Shinyi ani nawet nie kłócisz się ze mną o
prawidłową intonację Mushi, którą przecież zmieniasz za każdym razem. Mów, co
się dzieje. – powiedział stanowczo lider, a blondyn wzruszył ramionami i oparł
się o ścianę, zjeżdżając po niej w dół.
Podwinął kolana pod brodę i oparł na nich podbródek.
- Chodzi o to, że czuję się…
odrzucony. – zaczął cicho, niemal wypluwając słowa gorzkim tonem. – Tak, tak
cholernie odrzucony. I to wiesz przez kogo? Przez was. Was wszystkich.
Lider wbił w młodszego mężczyznę
zdziwione spojrzenie i kucnął przy nim, nie wiedząc jak się zachować.
- Przez…Nas? – zapytał cicho,
delikatnie, jakby nie wiedząc czy może, głaszcząc Kyo po ramieniu ukrytym pod
grubą bluzą. – Dlaczego tak uważasz? Przecież… Nigdy Cię nie odrzucimy, nie
zostawimy samego z tym wszystkim, z problemami, z chorobą… - powiedział Kaoru
cicho, wiedząc jak drażniąco na Kyo działa temat jego choroby. Wokalista westchnął głęboko, po czym oparł
głowę na ramieniu lidera.
- Nie mam siły, Kaoru. Nie potrafię
już śpiewać tak jak kiedyś, funkcjonować tak jak kiedyś… Żyć. Cieszyć się z
każdej chwili spędzonej z wami, po prostu nie umiem. Boję się, naprawdę się
boję. Że gdy przyjdzie na mnie czas, was
nie będzie przy mnie. – powiedział cicho i zamilkł, słysząc jak głos zaczyna mu
drżeć i załamywać się.
- Nie mów tak. Przecież wiesz, że
będziemy z tobą do końca. – powiedział
Kaoru niemal szeptem. Wizja życia bez Kyo była ponura, dołująca i przeraźliwie
depresyjna. Dopiero teraz zauważył, uświadomił sobie, jak blondynowi jest ciężko.
Jak ciężko żyje się z widmem niechybnej śmierci z powodu choroby,
nowotworu. Lata palenia dwóch paczek
papierosów dziennie postanowiły upomnieć się o swoje. I mimo że Kyo tak uparcie
twierdził że przecież „na coś trzeba umrzeć” i że jemu nie przeszkadza że
nastąpi to właśnie teraz, Kaoru zauważył jak bardzo bezbronny jest człowiek,
Tooru, w obliczu czegoś tak strasznego.
Coraz częściej zastanawiał się nad tym, czy zdoła żyć bez przyjaciela.
Kochał go najbardziej na świecie, tak samo Shinya, Toshiya i Die. Ale czy kogoś
obchodzi ich wielka troska o mężczyznę, gdy czeka na nich życie bez niego. Bez
jego zgryźliwych uwag na temat dziwkarskiego ubioru basisty, bez ciągłego
krytykowania czerwonych włosów Die’a ( swoją drogą, przyznał się ostatnio że
gitarzysta lepiej wyglądał jako czerwona wiewiórka), bez zabawnego „bicia się”
z Shinem i w końcu bez kłótni z nim samym. Kaoru westchnął cicho, czując jak do
jego oczu napływają łzy. Nie umiejąc nijak sobie z nimi poradzić, pozwolił im
spływać powoli po policzkach i skapywać na blond czuprynę Kyo. A skoro im było tak ciężko, to jak potwornie
czuł się wokalista…?
- Tooru… - zaczął cichym głosem,
starając się uspokoić. – Tooru, czy to jest pewne? Nie da się nic zrobić..? –
zapytał jeszcze ciszej, czując w gardle dławiącą gulę.
Kyo zaśmiał się gorzko.
- Myślę, że da się. Jeśli znajdziesz
kogoś kto chciałby oddać płuca do przeszczepu na rzecz zaplutego krwią i
wymiocinami wariata, to proszę bardzo, przyjmę je z wdzięcznością. – powiedział
cicho. – Mam dość. Tak cholernie się boję… Białych ścian, pikania EKG,
kroplówek… Nie boję się przeszywającej ciemności, tego że nie będę umiał złapać
oddechu, że zamknę oczy i już ich nie otworzę… Boję się tego momentu przed
śmiercią. Że ostatnią rzeczą w życiu jaką zobaczę będzie szpitalny sufit i
miarowo obracający się wiatrak. Boję się samotności. Wiesz, że większość
wielkich sław umiera w samotności? Michael Jackson we śnie, nie obudził się
już. Amy Winehouse – w zaciszu własnego domu, znaleziono ją w łazience. A ja?
Skończę tak samo. Przez pierwsze dwa, może trzy dni po mojej śmierci gazety
będą o tym trąbiły. Ludzie będą zapalali znicze przy moich czarno białych
zdjęciach na ulicach, tak jak było w przypadku Hide. A później? Później… Tylko
wy będziecie mnie odwiedzać. Zapalać znicze, może przynosić kwiaty. Odegracie
ostatni, pożegnalny koncert dla mnie, potem znajdziecie nowego wokalistę.
Pamiętasz jak kiedyś powiedziałeś że nikt nie jest niezastąpiony? Jak będziecie
szukać nowego, błagam, niech chociaż nie będzie do mnie podobny… Chciałbym,
nawet po śmierci, zachować resztki oryginalności.
- Przestań! – krzyknął nagle Kaoru,
szarpiąc oniemiałego wokalistę, wyrwanego ze swojego melancholijnego monologu.
Z oczu starszego gitarzysty łzy ciekły niczym wodospad, wyglądał naprawdę źle.
Zza drzwi można było usłyszeć cichy płacz pozostałej części zespołu.
Wszyscy uświadomili sobie, że stracą
kogoś tak… specyficznego. Ludzkość bezpowrotnie straci najwspanialszego
człowieka, który kiedykolwiek istniał.
- Ale spokojnie, Kaoru. Mam nadzieję,
że jeszcze trochę pociągnę… - powiedział cicho Kyo, nagle bezradnie wtulając
się w gitarzystę. – Obiecaj, że będziecie przy mnie gdy zamknę oczy po raz
ostatni, wydam ostatni dźwięk, po raz ostatni łyknę powietrza. Obiecaj mi,
Kaoru. – wyszeptał w ciepłą, granatową, liderowską koszulę z flaneli. –
Chciałbym, żeby Mika towarzyszyła mi do końca. – powiedział cicho, unosząc
głowę na tyle, by musnąć nosem nieogolony policzek lidera. – Wiem, że jesteście
z Die’em przeciwni, ale błagam, nie mam nikogo tak bliskiego jak ona… Wiem, jak
bardzo jej nienawidzisz, ona Ciebie też. – pokręcił głową delikatnie, śmiejąc
się cicho.
- Posłuchaj Kyo… wiem, kto lepiej od
niej zajmie się tobą. – powiedział
drżącym głosem lider, starając się również ciepło uśmiechnąć. Tak jak kazał
lekarz, zawsze się uśmiechać i być w dobrym humorze. Nie dołować go, nie
pokazywać swojej czarnej rozpaczy w jaką popada się dzień za dniem,
uświadamiając sobie jak ulotne są wszystkie chwile które razem spędzili. W tym
momencie przypomina się mu ich pierwszy koncert, jeszcze w La’Sadie. Uśmiecha
się pod nosem, przypominając sobie jak
zdenerwowani byli. Mieli po –naście lat, nie byli jeszcze nikim oprócz tego, że
dzieciakami z wielkimi ambicjami. Pewnie jednymi z niewielu, którym udało się
te ambicje i marzenia spełnić.
- Kto? Kto mnie niby pokocha? –
zapytał wokalista kręcąc głową i uśmiechając się krzywo. Spojrzał w oczy lidera
po czym westchnął głęboko i wstał. – No… koniec użalania się nad sobą. Wszyscy
kiedyś umrzemy, wy też, skurwysyny. – mruknął z charakterystyczną dla swojej
osoby zgryźliwością. Kaoru zaśmiał się cicho, stwierdzając nagle że z nich
wszystkich Kyo przyjął wiadomość o nowotworze najlepiej.
Albo po prostu nie chce pokazywać
jak mu źle.
Wrócili na próbę, zagrali. Po próbie
usiedli wszyscy razem zciśnięci na kanapie w małej sali prób, każdy ze swoją
puszką piwa. Dziś nawet Shinya się skusił. Nagle zadzwonił telefon wokalisty.
Blondyn wstał niechętnie, z niemałą pomocą Die’a, który musiał go z kanapy
wręcz zepchnąć. Cóż, takie są skutki siedzenia w pięciu na trzyosobowej sofie.
- Słucham? – powiedział niemiło
wokalista, z niesmakiem rejestrując że
dzwoni jego lekarz.
- Dzień dobry, panie Niimura… - zaczął zmieszany lekarz, na co blondyn
teatralnie wywrócił oczami. Wrócił z powrotem na kanapę i dał na głośno
mówiący, kładąc telefon na stole, i znakiem ręki dając znać reszcie zespołu że
mają milczeć.
- Czy dobry to się okaże. Co się
stało? – zapytał znużonym głosem Kyo, upijając łyk piwa. Z nieuwagi niestety
nie swojego a Shinyi, na co ten zaśmiał
się bezgłośnie i zakrył usta dłonią, kręcąc głową i łaskocząc basistę
włosami po twarzy.
- Raczej dobry, panie Niimura. –
powiedział doktor fachowym tonem głosu a w słuchawce dało się usłyszeć szelest
przewracanych kartek. – Panie Niimura, nastąpiło gigantycznych rozmiarów
nieporozumienie. Nie ma pan raka.
Kyo zbladł, nie wiedząc czy ma się
cieszyć czy płakać, czy może jechać do szpitala i gołymi rękami zabić
nieumiejętnego doktora.
Kaoru zmarł z ręką w pół drogi z
miski z orzeszkami do ust.
Die wyszczerzył się jak głupi i
mocno przytulił oniemiałego wokalistę.
Toshiya uśmiechnął się delikatnie,
nie chcąc jednak na razie zbytnio się cieszyć. Przecież skoro Kyo nie ma raka,
może mieć tysiące innych, równie śmiercionośnych przypadłości.
Z oczu Shinyi natomiast popłynęły
łzy, łzy szczęścia. Bo była rzecz, o
której wiedział tylko lider.
Bo Shinya kocha Kyo. Nienawidzi
całym sercem jego heteroseksualności, jego nowej kobiety, jego szczęśliwego
dotychczas życia z nią. Nienawidzi tego, że ona z nim mieszka. Raz, z
bezsilności poszedł z liderem by się uchlać do nieprzytomności, by zapomnieć o
tym wszystkim. A przecież Shinya, mający tak słabą głowę, po dwóch Martini był
już lekko wstawiony. Wtedy powiedział Kaoru wszystko. Od tego jak zniewalający
zdał mu się uśmiech wokalisty gdy się poznali, mając po piętnaście lat. O tym,
jak powalający był głos Kyo gdy śpiewał. O tym,
jak bardzo piękne wydają mu się pełne, malinowe usta mężczyzny.
I w końcu o tym, jak bardzo go
kocha. Jak to chciałby się nim zajmować w zdrowiu i chorobie, być z nim do
usranej śmierci. Ale Shinya wie, że nie może. Że nie może dopuścić do sytuacji,
w której puści wodze opanowania i wszystko wyzna wokaliście. Wolał mieć w nim
przyjaciela, niż wroga.
- Ale… jak to? – zapytał cicho
wokalista, wyrywając Shinyę z zamyślenia, tym samym pobudzając do życia resztę
zespołu, dla których czas się jakby zatrzymał na te parę sekund.
- Pomyliliśmy papiery… ma pan tylko
małego guza w płucach, ale umówimy pana na operację w przyszłym tygodniu i po
jego wycięciu spokojnie dożyje pan osiemdziesiątki. – powiedział radośnie
lekarz, najwyraźniej nie widząc ani grama swojej winy w tym wszystkim. – No, o
ile przestanie pan palić. Zero fajek. Nul, nada. Rozumie pan? Adios papierosos.
– zaśmiał się niejaki Suzuki Renji, którego to pacjent miał właśnie zamiar
zabić go, zakopać, nasikać na grób,
postawić nań domek letniskowy i zarabiać krocie, by potem zamieszkać na
Bahamach z ukochaną.
- Zabiję Cię skurwielu. – warknął
wokalista w słuchawkę, a już po sekundzie słychać było sygnał zerwanego
połączenia. Kyo rzucił telefonem o ścianę, który rozsypał się na kawałki. Shinya szybko wstał i pozbierał pozostałości
po telefonie niemal buchającego ogniem z nosa wokalisty. Położył szczątki
urządzenia na stół i delikatnie dotknął ramienia blondyna.
- Kyo… nie złość się. Powinieneś się
cieszyć, nie? Będziesz żył… Musisz tylko rzucić palenie. To dobrze Ci zrobi,
mówię Ci. Myślę że reszta będzie tak miła i również rzuci, prawda? – perkusista
spojrzał na resztę Diru wzrokiem tak morderczym że jedyną rzeczą która
pozostawała wystraszonym Kaoru, Toshiyi i Die’owi było zagorzałe kiwanie
głową. – No chyba nie chcecie zabić
mojego Kyo? - powiedział Shinya a
wokalista jakby nagle się uspokoił. Usiadł przy stole i zaczął analizować.
Kaoru mówił, że zna kogoś, kto lepiej zaopiekuje się nim. A teraz
Shinya mówi że Kyo jest jego. Czyżby…? Nie, niemożliwe. Przecież słodki
perkusista jest heteroseksualny, poza tym, niemożliwe żeby ktoś tak urodziwy
zakochał się w nim. Niee, to tylko głupi zbieg okoliczności.
Kaoru wstał nagle i podszedł do
wokalisty. Usiadł obok niego, i nachylił się nad nim, niby by sięgnąć
popielniczki.
- On Cię kocha. – powiedział cicho
lider, co w dobrze wytłumionej i mimo wszystko milczącej teraz sali, zabrzmiało
jak krzyk. Shinya spojrzał na mężczyzn wystraszonym wzrokiem po czym wybiegł z
sali zakrywając usta dłonią.
CDN.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz