czwartek, 3 października 2013

"Pustka" cz.1

Kyo był cichy. Dziwnym trafem dzisiejszego dnia akurat był naprawdę cichy i jakiś taki przybity. Wszyscy zastanawiali się co takiego mogło się stać, że stary ( młody), dobry ( zły) Kyo nie dokucza Shinyi lub nie kłóci się z liderem. Shinya sam parę razy dźgnął wokalistę w ramię swym kościstym palcem, bo wiedział że normalnie by za to oberwał. Ale Kyo tylko delikatnie przesunął jego dłoń z swojego ramienia i wymamrotał ciche  „Nie dziś, Shinya”.  Perkusista zdziwiony usiadł na kanapie. Jakoś nikomu nie chciało się zaczynać próby, problem cichego Kyo był ciekawszy.                                                                                                                                                                   
– Kyo..? – zapytał cicho Kaoru, podchodząc do widocznie przybitego wokalisty. Szturchnął go delikatnie w ramię i usiadł obok niego przy stole. Kyo nie odezwał się, jedyne co zrobił to przeniósł wzrok z jakże interesującej popielniczki, na równie zajmującą paczkę papierosów. Mozolnie sięgnął po jednego i włożył między wargi, kompletnie ignorując lidera. Równie powoli i spokojnie wstał, poszedł po swoją kurtkę i wziął z niej zapalniczkę, w której, swoją drogą, zniesmaczony lider rozpoznał swoją własność. – Kyo. – powiedział bardziej stanowczo  Kaoru, chcąc zrobić jako takie wrażenie na olewającym dziś wszystko blondynie.                                                                                                                                      
- Czego chcesz? – warknął poirytowany wokalista, patrząc nagle  prosto w oczy lidera. Kaoru zdziwił się bezmiernie, a cichy szum w Sali nagle ucichł.                                                                                              

- Kyo… chodź, musimy porozmawiać. – powiedział zaskoczony gitarzysta i wstał, po czym ciągnąc za sobą Kyo, wyszedł na korytarz.  Die, Shinya i Toshiya spojrzeli po sobie zdziwieni i jak tylko drzwi za liderem i wokalistą się zamknęły, reszta zespołu zrobiła akcję godną ninja. Zeszli z kanapy i ześlizgnęli się pod drzwi, by podsłuchać o czym to mają zamiar ich  „słodziaki”, jak to określił Shin, rozmawiać.  Basista uchylił delikatnie drzwi, i wychylając za nie kawałek głowy, na tyle by widzieć co się pomiędzy mężczyznami dzieje.                                    

- Kyo, o co Ci chodzi? – zapytał Kaoru zmęczonym głosem, patrząc wokaliście w oczy.

- O nic. Kompletnie o nic. – odpowiedział spokojnie blondyn, przelotnie uśmiechając się. – Naprawdę. O nic już mi nie chodzi… - dopowiedział cichym głosem, dokładając wszelkich starań by tylko nie zabrzmiało to ckliwie lub drżąco. Bo przecież Kyo nie był ckliwy i drżący. Aż do dziś.

- Musi o coś chodzić. Jesteś zdołowany, nie mówisz, nie dokuczasz Shinyi ani nawet nie kłócisz się ze mną o prawidłową intonację Mushi, którą przecież zmieniasz za każdym razem. Mów, co się dzieje. – powiedział stanowczo lider, a blondyn wzruszył ramionami i oparł się o ścianę, zjeżdżając po niej w dół.  Podwinął kolana pod brodę i oparł na nich podbródek.

- Chodzi o to, że czuję się… odrzucony. – zaczął cicho, niemal wypluwając słowa gorzkim tonem. – Tak, tak cholernie odrzucony. I to wiesz przez kogo? Przez was. Was wszystkich.
Lider wbił w młodszego mężczyznę zdziwione spojrzenie i kucnął przy nim, nie wiedząc jak się zachować.

- Przez…Nas? – zapytał cicho, delikatnie, jakby nie wiedząc czy może, głaszcząc Kyo po ramieniu ukrytym pod grubą bluzą. – Dlaczego tak uważasz? Przecież… Nigdy Cię nie odrzucimy, nie zostawimy samego z tym wszystkim, z problemami, z chorobą… - powiedział Kaoru cicho, wiedząc jak drażniąco na Kyo działa temat jego choroby.  Wokalista westchnął głęboko, po czym oparł głowę na ramieniu lidera.

- Nie mam siły, Kaoru. Nie potrafię już śpiewać tak jak kiedyś, funkcjonować tak jak kiedyś… Żyć. Cieszyć się z każdej chwili spędzonej z wami, po prostu nie umiem. Boję się, naprawdę się boję.  Że gdy przyjdzie na mnie czas, was nie będzie przy mnie. – powiedział cicho i zamilkł, słysząc jak głos zaczyna mu drżeć i załamywać się.

- Nie mów tak. Przecież wiesz, że będziemy z tobą do końca.  – powiedział Kaoru niemal szeptem. Wizja życia bez Kyo była ponura, dołująca i przeraźliwie depresyjna. Dopiero teraz zauważył, uświadomił sobie, jak blondynowi jest ciężko. Jak ciężko żyje się z widmem niechybnej śmierci z powodu choroby, nowotworu.  Lata palenia dwóch paczek papierosów dziennie postanowiły upomnieć się o swoje. I mimo że Kyo tak uparcie twierdził że przecież „na coś trzeba umrzeć” i że jemu nie przeszkadza że nastąpi to właśnie teraz, Kaoru zauważył jak bardzo bezbronny jest człowiek, Tooru, w obliczu czegoś tak strasznego.  Coraz częściej zastanawiał się nad tym, czy zdoła żyć bez przyjaciela. Kochał go najbardziej na świecie, tak samo Shinya, Toshiya i Die. Ale czy kogoś obchodzi ich wielka troska o mężczyznę, gdy czeka na nich życie bez niego. Bez jego zgryźliwych uwag na temat dziwkarskiego ubioru basisty, bez ciągłego krytykowania czerwonych włosów Die’a ( swoją drogą, przyznał się ostatnio że gitarzysta lepiej wyglądał jako czerwona wiewiórka), bez zabawnego „bicia się” z Shinem i w końcu bez kłótni z nim samym. Kaoru westchnął cicho, czując jak do jego oczu napływają łzy. Nie umiejąc nijak sobie z nimi poradzić, pozwolił im spływać powoli po policzkach i skapywać na blond czuprynę Kyo.  A skoro im było tak ciężko, to jak potwornie czuł się wokalista…?

- Tooru… - zaczął cichym głosem, starając się uspokoić. – Tooru, czy to jest pewne? Nie da się nic zrobić..? – zapytał jeszcze ciszej, czując w gardle dławiącą gulę.
Kyo zaśmiał się gorzko.

- Myślę, że da się. Jeśli znajdziesz kogoś kto chciałby oddać płuca do przeszczepu na rzecz zaplutego krwią i wymiocinami wariata, to proszę bardzo, przyjmę je z wdzięcznością. – powiedział cicho. – Mam dość. Tak cholernie się boję… Białych ścian, pikania EKG, kroplówek… Nie boję się przeszywającej ciemności, tego że nie będę umiał złapać oddechu, że zamknę oczy i już ich nie otworzę… Boję się tego momentu przed śmiercią. Że ostatnią rzeczą w życiu jaką zobaczę będzie szpitalny sufit i miarowo obracający się wiatrak. Boję się samotności. Wiesz, że większość wielkich sław umiera w samotności? Michael Jackson we śnie, nie obudził się już. Amy Winehouse – w zaciszu własnego domu, znaleziono ją w łazience. A ja? Skończę tak samo. Przez pierwsze dwa, może trzy dni po mojej śmierci gazety będą o tym trąbiły. Ludzie będą zapalali znicze przy moich czarno białych zdjęciach na ulicach, tak jak było w przypadku Hide. A później? Później… Tylko wy będziecie mnie odwiedzać. Zapalać znicze, może przynosić kwiaty. Odegracie ostatni, pożegnalny koncert dla mnie, potem znajdziecie nowego wokalistę. Pamiętasz jak kiedyś powiedziałeś że nikt nie jest niezastąpiony? Jak będziecie szukać nowego, błagam, niech chociaż nie będzie do mnie podobny… Chciałbym, nawet po śmierci, zachować resztki oryginalności.

- Przestań! – krzyknął nagle Kaoru, szarpiąc oniemiałego wokalistę, wyrwanego ze swojego melancholijnego monologu. Z oczu starszego gitarzysty łzy ciekły niczym wodospad, wyglądał naprawdę źle. Zza drzwi można było usłyszeć cichy płacz pozostałej części zespołu.
Wszyscy uświadomili sobie, że stracą kogoś tak… specyficznego. Ludzkość bezpowrotnie straci najwspanialszego człowieka, który kiedykolwiek istniał.

- Ale spokojnie, Kaoru. Mam nadzieję, że jeszcze trochę pociągnę… - powiedział cicho Kyo, nagle bezradnie wtulając się w gitarzystę. – Obiecaj, że będziecie przy mnie gdy zamknę oczy po raz ostatni, wydam ostatni dźwięk, po raz ostatni łyknę powietrza. Obiecaj mi, Kaoru. – wyszeptał w ciepłą, granatową, liderowską koszulę z flaneli. – Chciałbym, żeby Mika towarzyszyła mi do końca. – powiedział cicho, unosząc głowę na tyle, by musnąć nosem nieogolony policzek lidera. – Wiem, że jesteście z Die’em przeciwni, ale błagam, nie mam nikogo tak bliskiego jak ona… Wiem, jak bardzo jej nienawidzisz, ona Ciebie też. – pokręcił głową delikatnie, śmiejąc się cicho.

- Posłuchaj Kyo… wiem, kto lepiej od niej zajmie się tobą.  – powiedział drżącym głosem lider, starając się również ciepło uśmiechnąć. Tak jak kazał lekarz, zawsze się uśmiechać i być w dobrym humorze. Nie dołować go, nie pokazywać swojej czarnej rozpaczy w jaką popada się dzień za dniem, uświadamiając sobie jak ulotne są wszystkie chwile które razem spędzili. W tym momencie przypomina się mu ich pierwszy koncert, jeszcze w La’Sadie. Uśmiecha się pod nosem,  przypominając sobie jak zdenerwowani byli. Mieli po –naście lat, nie byli jeszcze nikim oprócz tego, że dzieciakami z wielkimi ambicjami. Pewnie jednymi z niewielu, którym udało się te ambicje i marzenia spełnić.

- Kto? Kto mnie niby pokocha? – zapytał wokalista kręcąc głową i uśmiechając się krzywo. Spojrzał w oczy lidera po czym westchnął głęboko i wstał. – No… koniec użalania się nad sobą. Wszyscy kiedyś umrzemy, wy też, skurwysyny. – mruknął z charakterystyczną dla swojej osoby zgryźliwością. Kaoru zaśmiał się cicho, stwierdzając nagle że z nich wszystkich Kyo przyjął wiadomość o nowotworze najlepiej.
Albo po prostu nie chce pokazywać jak mu źle.
Wrócili na próbę, zagrali. Po próbie usiedli wszyscy razem zciśnięci na kanapie w małej sali prób, każdy ze swoją puszką piwa. Dziś nawet Shinya się skusił. Nagle zadzwonił telefon wokalisty. Blondyn wstał niechętnie, z niemałą pomocą Die’a, który musiał go z kanapy wręcz zepchnąć. Cóż, takie są skutki siedzenia w pięciu na trzyosobowej sofie.

- Słucham? – powiedział niemiło wokalista, z niesmakiem rejestrując  że dzwoni jego lekarz.

- Dzień dobry, panie Niimura…  - zaczął zmieszany lekarz, na co blondyn teatralnie wywrócił oczami. Wrócił z powrotem na kanapę i dał na głośno mówiący, kładąc telefon na stole, i znakiem ręki dając znać reszcie zespołu że mają milczeć.

- Czy dobry to się okaże. Co się stało? – zapytał znużonym głosem Kyo, upijając łyk piwa. Z nieuwagi niestety nie swojego a Shinyi, na co ten zaśmiał  się bezgłośnie i zakrył usta dłonią, kręcąc głową i łaskocząc basistę włosami po twarzy.

- Raczej dobry, panie Niimura. – powiedział doktor fachowym tonem głosu a w słuchawce dało się usłyszeć szelest przewracanych kartek. – Panie Niimura, nastąpiło gigantycznych rozmiarów nieporozumienie. Nie ma pan raka.
Kyo zbladł, nie wiedząc czy ma się cieszyć czy płakać, czy może jechać do szpitala i gołymi rękami zabić nieumiejętnego doktora.
Kaoru zmarł z ręką w pół drogi z miski z orzeszkami do ust.
Die wyszczerzył się jak głupi i mocno przytulił oniemiałego wokalistę.
Toshiya uśmiechnął się delikatnie, nie chcąc jednak na razie zbytnio się cieszyć. Przecież skoro Kyo nie ma raka, może mieć tysiące innych, równie śmiercionośnych przypadłości.
Z oczu Shinyi natomiast popłynęły łzy, łzy szczęścia.  Bo była rzecz, o której wiedział tylko lider.

Bo Shinya kocha Kyo. Nienawidzi całym sercem jego heteroseksualności, jego nowej kobiety, jego szczęśliwego dotychczas życia z nią. Nienawidzi tego, że ona z nim mieszka. Raz, z bezsilności poszedł z liderem by się uchlać do nieprzytomności, by zapomnieć o tym wszystkim. A przecież Shinya, mający tak słabą głowę, po dwóch Martini był już lekko wstawiony. Wtedy powiedział Kaoru wszystko. Od tego jak zniewalający zdał mu się uśmiech wokalisty gdy się poznali, mając po piętnaście lat. O tym, jak powalający był głos Kyo gdy śpiewał. O tym,  jak bardzo piękne wydają mu się pełne, malinowe usta mężczyzny.
I w końcu o tym, jak bardzo go kocha. Jak to chciałby się nim zajmować w zdrowiu i chorobie, być z nim do usranej śmierci. Ale Shinya wie, że nie może. Że nie może dopuścić do sytuacji, w której puści wodze opanowania i wszystko wyzna wokaliście. Wolał mieć w nim przyjaciela, niż wroga.

- Ale… jak to? – zapytał cicho wokalista, wyrywając Shinyę z zamyślenia, tym samym pobudzając do życia resztę zespołu, dla których czas się jakby zatrzymał na te parę sekund.
- Pomyliliśmy papiery… ma pan tylko małego guza w płucach, ale umówimy pana na operację w przyszłym tygodniu i po jego wycięciu spokojnie dożyje pan osiemdziesiątki. – powiedział radośnie lekarz, najwyraźniej nie widząc ani grama swojej winy w tym wszystkim. – No, o ile przestanie pan palić. Zero fajek. Nul, nada. Rozumie pan? Adios papierosos. – zaśmiał się niejaki Suzuki Renji, którego to pacjent miał właśnie zamiar zabić go, zakopać,  nasikać na grób, postawić nań domek letniskowy i zarabiać krocie, by potem zamieszkać na Bahamach z ukochaną.

- Zabiję Cię skurwielu. – warknął wokalista w słuchawkę, a już po sekundzie słychać było sygnał zerwanego połączenia. Kyo rzucił telefonem o ścianę, który rozsypał się na kawałki.  Shinya szybko wstał i pozbierał pozostałości po telefonie niemal buchającego ogniem z nosa wokalisty. Położył szczątki urządzenia na stół i delikatnie dotknął ramienia blondyna.

- Kyo… nie złość się. Powinieneś się cieszyć, nie? Będziesz żył… Musisz tylko rzucić palenie. To dobrze Ci zrobi, mówię Ci. Myślę że reszta będzie tak miła i również rzuci, prawda? – perkusista spojrzał na resztę Diru wzrokiem tak morderczym że jedyną rzeczą która pozostawała wystraszonym Kaoru, Toshiyi i Die’owi było zagorzałe kiwanie głową.  – No chyba nie chcecie zabić mojego Kyo?  - powiedział Shinya a wokalista jakby nagle się uspokoił. Usiadł przy stole i zaczął analizować.
Kaoru mówił, że zna kogoś, kto lepiej zaopiekuje się nim. A teraz Shinya mówi że Kyo jest jego. Czyżby…? Nie, niemożliwe. Przecież słodki perkusista jest heteroseksualny, poza tym, niemożliwe żeby ktoś tak urodziwy zakochał się w nim. Niee, to tylko głupi zbieg okoliczności. 
Kaoru wstał nagle i podszedł do wokalisty. Usiadł obok niego, i nachylił się nad nim, niby by sięgnąć popielniczki.

- On Cię kocha. – powiedział cicho lider, co w dobrze wytłumionej i mimo wszystko milczącej teraz sali, zabrzmiało jak krzyk. Shinya spojrzał na mężczyzn wystraszonym wzrokiem po czym wybiegł z sali zakrywając usta dłonią.

CDN.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz